oraz lekarz pierwszego zgonu
Czy ktoś z Was ostatnio miał styczność z polską służbą zdrowia? Nikomu oczywiście tego nie życzę! Niestety niedawno przeżyłam nie tylko szok termiczny ale i kulturowy. Polegał on na przymusowym kontakcie, z lekarzem pierwszego kontaktu. Niestety życie szybko zweryfikowało potoczne nazewnictwo i jak się później okazało, był to przymusowy kontakt z lekarzem pierwszego zgonu! Pomimo trzydziestu wiosen na karku, no dobrze, przyznam się i może jeszcze kilkunastu zim, przez około 20 lat nie miałam styczności z polską służbą zdrowia, później zwaną polską służbą miłosierdzia. Może zacznę od początku, bo jestem mistrzynią chaosu, który mylony jest często z duszą nastolatki J
Po wakacyjnych uniesieniach oraz po szoku termicznym jaki o zgrozo dostałam lądując w kraju ponuraków i wyznawców „kaczynizmu”. Przeziębiłam się w mgnieniu oka zaczęło boleć gardełko a i kaszel zaczął mnie bardzo męczyć. Sięgnęłam wiec po leki z Bożej apteczki i zaczęłam się kurować również ogólnie dostępnymi specyfikami. A, że dookoła jadem plułam, to żem prosto do pracy pomaszerowała, bo tylko w takim kiepskim stanie można bezkarnie pluć jadem prosto w twarz szefa. W drugim tygodniu, objawy lekko ustąpiły ale za to inne się nasiliły: zawroty głowy, przemęczenie, osłabienie (lekarze zwą to ogólnym rozbiciem). Po raz kolejny zignorowałam swój pogarszający się stan i wybrałam się w weekend na półwieś – to taka wieś tylko blisko miasta. Baraszkowałam po sadzie niczym Alicja w krainie czarów. Szukałam uciech jak małe dziecko, bawiłam się przaśnie. Wspinałam się po drzewach, jak biblijna Ewa, po zakazany owoc - jabłko. Ku mojemu zdziwieniu po weekendzie odkryłam na skrawku mojego seksownego przedramienia wysypkę. Wytłumaczyłam to sobie w prosty sposób. W konfrontacji z naturą dostałam alergii. Z każdym dniem moja wysypka przybierała inne formy, trochę bardziej rozległe (ok. 5 cm2) i bardziej wykwintne (postać krostek grudkowych). Przeraziłam się kiedy ów twór z natury, czyli z reguły nie groźna wysypka zaczęła swędzić i boleć. Przestraszyłam się wtedy nie na żarty, bo zaczęło to pachnieć PÓŁPAŚCEM.
Poszłam więc po rozum do głowy i zwróciłam się o pomoc do polskiej służby miłosierdzia. Zadzwoniłam do przychodni i próbowałam się zarejestrować, niestety nie było już miejsc a moja lekarka rodzinna była na urlopie. Poszłam więc do przychodni i postanowiłam improwizować, żeby dostać się do jakiegokolwiek lekarza. Uzyskałam jakże efektowną odpowiedź w akcie desperackiej próby zarejestrowania się u lekarza pierwszego zgonu (potocznie zwanym, lekarzem pierwszego kontaktu). Pielęgniarka z kokonem na głowie i miną sekutnicy rzekła:
— „Jak PANI DOKTÓR wyrazi zgodę to przyjmiemy panią, pomimo braku pani w rejestrze chorych na dzisiejszy dzień”.
Uśmiechnęłam się umierająco i poszłam zapukać do wrót nadziei mego rychłego uzdrowienia. Pani doktór spojrzała na mnie spod byka i wbiła swój pusty wzrok w jakąś część mojej szczupłej sylwetki. Przywitałam się grzecznie, skinęłam głową nisko jak Japonka i zadałam kluczowe pytanie:
— Nie jestem umówiona na dziś, ale czy przyjmie mnie pani doktor z podejrzeniem PÓŁPAŚCA?
Zapadło milczenie, które przerwałam teatralnym kaszlem, poczym padła seria pytań w żaden sposób nie związana z moim stanem zdrowia:
— Czy jest pani zapisana do tej przychodni? — Odpowiedziałam szybko i zdecydowanie, że tak jestem tu zapisana.
— Kto jest pani lekarzem rodzinnym? — Odparłam, że niestety moja pani doktor Prusak jest na urlopie i przyjmuje dopiero za 3 dni, a fatalnie się czuję i ponownie powtórzyłam magiczne pytanie:
— Czy przyjmie mnie pani dziś z Półpaścem? Bardzo proszę. — W końcu przyparta do muru, z popłochem w głosie odpowiedziała:
— Raczej tak, jeśli faktycznie źle się pani czuje.
Stwierdziłam zdecydowanie, że TAK i podziękowałam jej za możliwość audiencji. Szybko obróciłam się na pięcie i wyszłam z gabinetu woskowej pani doktór, myśląc, że zabrakło tylko podstawowego pytania o moje ubezpieczenie. Zrobiło mi się nagle gorąco, bo moje chaotyczne JA zapomniało zabrać ubezpieczenia. Po chwili z powrotem weszłam do gabinetu, wcześniej po drodze musiałam przekonać kliku pacjentów, że byłam wcześniej umówiona, z drżącą kartą w ręku usiadłam na zimnym stołku i zaczęłam opowiadać o moich jakże barwnych ale zarazem dokuczliwych symptomach. Pani doktór popatrzyła na zmienione chorobowo miejsca na przedramieniu i rzekła:
— To nie półpasiec, w życiu nie widziałam takiego małego półpaśca. W całej mojej karierze nie spotkałam takiego przypadku?!?
Przy okazji z niechęcią spojrzała w moje gardło i coś cmoknęła pod nosem, że gardło jakieś dziwnie czerwone i, że widzi jakieś ropne czopy. Mruknęła, że to zapalenie gardła. Po chwili zaczęła wymachiwać szpatułką, jak szpadelką i zaatakowała moje migdałki. Z niesmakiem stwierdziła, że ona wyciskać czopów ropnych nie będzie. W przypływie strachu oraz zbrojnego ataku na moje migdałki nerwowo przytaknęłam. Zresztą nawet nie wiedziałam o co jej chodzi. Cały czas nie patrząc mi w oczy tylko gdzieś obok, na gardło, przepisała mi antybiotyk Xormiax i zapobiegawczo, na Półpaśca, Heviran, lek antywirusowy. Wizyta dobiegała ku końcowi więc palnęłam bez namysłu:
— Czy zarażam i jeśli tak to czym i czy dostanę zwolnienie? – Dla nie wtajemniczonych, klasyczny półpasiec jest chorobą zakaźną i groźną. Każdemu z nas po przebyciu ospy wietrznej, pozostają pamiątki w postaci małych blizn i przyjaciela do końca życia – wirusa Herpes Virus Varicella, który w skutek przeciążenia bądź osłabnięcia organizmu odnawia się w postaci półpaśca, bądź reaktywuje się po kontakcie z osobą zarażoną HVV. Osoba dotknięta półpaścem zaraża wirusem ospy wietrznej w sporadycznych przypadkach może zarażać półpaścem. Na ten temat są zdania podzielone i nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
— Zarażać to raczej pani nie zaraża ale zwolnienie mogę dać na 3 dni a później proszę przyjść na kontrolę i wtedy zobaczymy co dalej. — Kontynuując chytry plan zdobycia skierowania na ogólne badania krwi, zbolałym głosem zadaję kolejne niewygodne pytanie:
— Martwię się o siebie może to jakiś nowotwór? — Nurtujące pytanie trafiło na podatny grunt i zmarszczyło wyprasowaną dotąd twarz woskowej pani doktór. — A były jakieś śmiertelne przypadki w pani rodzinie? — Spytała a ja odpowiedziałam z rozbrajającą szczerością:
— W mojej rodzinie wszyscy umarli na raka. — Na twarzy pani doktór pojawiło się nieskrywane zatroskanie. — To może skieruję panią na badanie krwi. — Z błyskiem w oku potakiwałam wyraźnie. — Pani doktór z nieukrywaną dumą wypisywała skierowanie. — Czułam satysfakcję i przerażenie jednocześnie. — Czy to wpływ manipulacji? Czy też rzeczywista potrzeba do dalszej diagnozy? Prosto z gabinetu, w gwałtownym uniesieniu, ruszyłam do pielęgniarki, której nie omieszkałam się wyżalić opisałam jej w najdrobniejszych szczegółach moją wysypkę, łącznie z organoleptycznym badaniem. Znacząco jeszcze dodałam, że pani doktór nigdy w życiu nie widziała takiego półpaśca. Na to starsza pielęgniarka sznurując, wściekle czerwone usta, z przekąsem rzekła:
— To jest Półpasiec jak nic a Pani doktór jest jeszcze młoda i nie wiele w życiu widziała. — W pierwszej chwili się ucieszyłam, że znalazłam sojuszniczkę, ale później oprzytomniałam! Przecież pani doktor była ostro po 50! W mojej głowie zaczęło huczeć od pytań, które zostały przerwane, myślą o konsultacji z panią dr Prusak, która akurat wraca za 3 dni. Spojrzałam się znacząco na pielęgniarkę i spytałam:
— Czy mogę się zarejestrować na kontrolę do Pani doktór Kowalczyk a później na wizytę do Pani doktór Prusak?
— Dwie wizyty jednego dnia? — odparła z degustowana pielęgniarka.
— Przez 20 lat nie chorowałam to chyba mam prawo skorzystać z drugiej konsultacji i porady innego lekarza!?!
Po trzech dniach wreszcie udało mi się skonsultować z dr Prusak, która potwierdziła, że to Półpasiec. Zajrzała do gardła i stwierdziła zapalenie gardła. Zakwestionowała przepisany antybiotyk Xorimax, przyznała się, że nawet go nie zna i być może tamta pani doktór dostała w zamian za jego przepisywanie od przedstawiciela medycznego „długopis”. Niestety nie mogła odnaleźć tego antybiotyku w swojej magicznej, lekarskiej pomocniczej książeczce więc wypisała receptę na Augmentin. Przy okazji wyśmiała wcześniejszą lekarkę i powiedziała, że nie łączy się leków antywirusowych z antybiotykami. Wyznaczyła wizytę kontrolną ale przypomniała sobie, że jej w tym czasie nie będzie, wiec skierowała mnie na wizytę kontrolną do doktora Romantowicza.
Byłam zrozpaczona usłyszałam dwie różne diagnozy. Postanowiłam więc działać na własną rękę. Po telefonicznych konsultacjach z przyjaciółką – matką - żoną i kochanką w jednym, diagnoza brzmiała, że mam anginę ropną a głos w słuchawce grzmiał, że nie można przerywać terapii antybiotykiem i zaczynać terapii nowym, bo szczepy bakterii szybko się uodparniają! Poradziła płukać gardło roztworem wody z solą oraz roztworem rozcieńczonej wody utlenionej. Zasugerowała również możliwość wystąpienia jakiejś alergii i poradziła silny środek antyalergiczny i wapno. Skorzystałam z dobrych rad a moje gardło poczuło zdecydowaną ulgę.
Po tygodniu z wielkim rozdygotaniem wewnętrznym poszłam do trzeciego lekarza, mianowicie do dr Romantowicza, ale już wyłącznie z ciekawości i po L4, no bo na pewno nie spodziewałam się od niego pomocy. Pan doktor niestety potwierdził moje przypuszczenia i nic nowego nie wniósł do karty choroby, a raczej wprowadził jeszcze większy zamęt, bo stwierdził, że to nie jest półpasiec a w gardło tylko zerknął, bo nalegałam. Stwierdził, że to może zapalenie migdałków ale nie jest pewien więc kazał nadal brać antybiotyk. Na szczęście przedłużył zwolnienie i wypisał skierowanie do lekarza specjalisty Laryngologa J
Niestety dalej nie mogę opisać serii wydarzeń, może to i nawet lepiej, bo zrobiło się trochę nudnawo J Zdradzę tylko, że skorzystałam z pomocy, koneksji i porad farmaceutów, którzy ze zdziwieniem słuchali „porad” lekarskich. Farmaceuci i przyjaciele potrafili bardziej profesjonalnie i szczegółowo się odnieść do wyżej opisanych przypadków niż lekarze pierwszego zgonu. Żeby dowiedzieć się co „siedzi” w moim gardle wystarczyło zrobić posiew z wymazu z gardła. Dodam jeszcze, że bezpłatna polska służba miłosierdzia już od dawna jest tylko mitem. Na badania, leki i dodatkowe konsultacje lekarskie, wydałam ponad tysiąc złotych. Wnioski nasuwają się same: chorować mogą tylko bogaci a biednym zostaje chyba tylko śmierć.