Edyta Gorniak - Find Me

środa, 21 grudnia 2011

Półpasiec życia

ŁPASIec Życia
         Kiedy człowieka dotyka choroba, świat zaczyna wirować w przeciwnym kierunku. Ja skupiona dotychczas na innych, w końcu skoncentrowana na sobie. Co za irracjonalne doświadczenie móc myśleć tylko o sobie. To przywilej godny pozazdroszczenia. Po tej radykalnej zamianie kierunków, wirowanie powoli zanika i kiedy świat zastygł w bezruchu, poczułam przeraźliwą pustkę. Pojawiła się myśl skryta, tak długo przez umysł wyklęta. Jestem brudna i skalana, czułam obrzydzenie do samej siebie. Połknęłam tę myśl z powrotem, by móc ją przetrawić i wypluć na nowo. W innym czasie bo teraz rozum się dobija i zdaje trudne pytania. Co się ze mną dzieje? Co mi dolega? Co mam robić? Kto mi pomoże?
Objawy dość typowe i ogólne a historia dość banalna. Jednak nie dla mnie. (długi opis chorobowo-progresywny, ale jakże twórczy i zabawny, znajduje się w felietonie Polska Służba Miłosierdzia  http://loza6szydercow.blogspot.com/2011/11/polska-sluzba-milosierdzia-oraz-lekarz.html ).  
Wracając do moich przemyśleń i przeżyć, choroba otworzyła mi oczy i pozwoliła zmierzyć się ze samą sobą. Również ze zbiorem osobistych odczuć i przeżyć, które blokowałam przez wiele lat, bo goniłam jak mysz za serem, mimowolnie brałam udział w wyścigu jakim jest życie. Choroba przywróciła pełną perspektywę, wszechogarniającej rzeczywistości, która mnie przygniatała i dławiła co raz mocniej. Przez wiele lat musiałam połykać szkło udając, że to tylko piasek. Nikt wtedy nie widział moich szklistych oczu, bo już od dawna były suche i jałowe od morza wcześniej wypłakanych, soczystych łez. Z serca płynęła kiedyś strumieniami gorzka krew więc serce obumarło a raczej zapadło w letarg, na szczęście nadal pracowało, by się mogło na nowo przebudzić i narodzić.
Czy moja przeszłość zaatakowała mnie w postaci Półpaśca? Czy był to półpasiec mego życia, o którym tak bardzo pragnęłam zapomnieć? Zbudowałam nowe JA, zaczarowałam zły świat, który mnie cisnął w lawinę utopi. Musiałam wtedy przetrwać za wszelką cenę, by mieć szansę kiedyś spotkać się sama ze sobą na wyższym poziomie świadomości i móc pozwolić się uzdrowić mojemu aniołowi stróżowi, który dzielnie przy mnie zawsze stoi i trwa w miłości.
 Zapomniałam co w życiu jest najważniejsze ale podskórnie zawsze o tym wiedziałam. Toksyny, które zbierały się przez lata, w końcu zaatakowały mój organizm i wybuchły aby móc go w końcu oczyścić i uzdrowić. To zmiany skórne jakie dokonały się na moim ciele, spowodowały lawinę płynących bezkresnych myśli, które w końcu uporządkowałam. Spojrzałam na świat zupełnie nowymi oczyma. Przez minutę oczami czystej białej kartki, lecz to dopiero początek rozliczenia się z przeszłością. Każda kolejna minuta w tym pełnym troski spojrzeniu, napawa mnie nadzieją i utwierdza mnie głęboko w przekonaniu, że to co nas nie zabije to nas wzmocni. Teraz ze spokojem uśmiecham się do swoich kłębiących się myśli i wiem, że każda próba tworzenia nowej rzeczywistości popłaca i jest niezwykle ważna w życiu każdej jednostki, która pragnie zmierzyć się sama ze sobą, dla dobra NAS. Wtedy dopiero możemy wspólnie z bliskimi budować nowe lepsze jutro.  
http://www.blogroku.pl/kategorie/loza-6-szydercow,gwjpi,blog.html

czwartek, 3 listopada 2011

Polska Slużba Miłosierdzia

 oraz lekarz pierwszego zgonu

Czy ktoś z Was ostatnio miał styczność z polską służbą zdrowia? Nikomu oczywiście tego nie życzę! Niestety niedawno przeżyłam nie tylko szok termiczny ale i kulturowy. Polegał on na przymusowym kontakcie, z lekarzem pierwszego kontaktu. Niestety życie szybko zweryfikowało potoczne nazewnictwo i jak się później okazało, był to przymusowy kontakt z lekarzem pierwszego zgonu! Pomimo trzydziestu wiosen na karku, no dobrze, przyznam się i może jeszcze kilkunastu zim, przez około 20 lat nie miałam styczności z polską służbą zdrowia, później zwaną polską służbą miłosierdzia. Może zacznę od początku, bo jestem mistrzynią chaosu, który mylony jest często z duszą nastolatki J
Po wakacyjnych uniesieniach oraz po szoku termicznym jaki o zgrozo dostałam lądując w kraju ponuraków i wyznawców „kaczynizmu”. Przeziębiłam się w mgnieniu oka zaczęło boleć gardełko a i kaszel zaczął mnie bardzo męczyć. Sięgnęłam wiec po leki z Bożej apteczki i zaczęłam się kurować również ogólnie dostępnymi specyfikami. A, że dookoła jadem plułam, to żem prosto do pracy pomaszerowała, bo tylko w takim kiepskim stanie można bezkarnie pluć jadem prosto w twarz szefa. W drugim tygodniu, objawy lekko ustąpiły ale za to inne się nasiliły: zawroty głowy, przemęczenie, osłabienie (lekarze zwą to ogólnym rozbiciem). Po raz kolejny zignorowałam swój pogarszający się stan i wybrałam się w weekend na półwieś – to taka wieś tylko blisko miasta. Baraszkowałam po sadzie niczym Alicja w krainie czarów. Szukałam uciech jak małe dziecko, bawiłam się przaśnie. Wspinałam się po drzewach, jak biblijna Ewa, po zakazany owoc - jabłko. Ku mojemu zdziwieniu po weekendzie odkryłam na skrawku mojego seksownego przedramienia wysypkę. Wytłumaczyłam to sobie w prosty sposób. W konfrontacji z naturą dostałam alergii. Z każdym dniem moja wysypka przybierała inne formy, trochę bardziej rozległe (ok. 5 cm2) i bardziej wykwintne (postać krostek grudkowych). Przeraziłam się kiedy ów twór z natury, czyli z reguły nie groźna wysypka zaczęła swędzić i boleć. Przestraszyłam się wtedy nie na żarty, bo zaczęło to pachnieć PÓŁPAŚCEM.
Poszłam więc po rozum do głowy i zwróciłam się o pomoc do polskiej służby miłosierdzia. Zadzwoniłam do przychodni i próbowałam się zarejestrować, niestety nie było już miejsc a moja lekarka rodzinna była na urlopie. Poszłam więc do przychodni i postanowiłam improwizować, żeby dostać się do jakiegokolwiek lekarza. Uzyskałam jakże efektowną odpowiedź w akcie desperackiej próby zarejestrowania się u lekarza pierwszego zgonu (potocznie zwanym, lekarzem pierwszego kontaktu). Pielęgniarka z kokonem na głowie i miną sekutnicy rzekła:
— „Jak PANI DOKTÓR wyrazi zgodę to przyjmiemy panią, pomimo braku pani w rejestrze chorych na dzisiejszy dzień”.
 Uśmiechnęłam się umierająco i poszłam zapukać do wrót nadziei mego rychłego uzdrowienia. Pani doktór spojrzała na mnie spod byka i wbiła swój pusty wzrok w jakąś część mojej szczupłej sylwetki. Przywitałam się grzecznie, skinęłam głową nisko jak Japonka i zadałam kluczowe pytanie:
— Nie jestem umówiona na dziś, ale czy przyjmie mnie pani doktor z podejrzeniem PÓŁPAŚCA?
 Zapadło milczenie, które przerwałam teatralnym kaszlem, poczym padła seria pytań w żaden sposób nie związana z moim stanem zdrowia:
— Czy jest pani zapisana do tej przychodni? — Odpowiedziałam szybko i zdecydowanie, że tak jestem tu zapisana.
— Kto jest pani lekarzem rodzinnym? — Odparłam, że niestety moja pani doktor Prusak jest na urlopie i przyjmuje dopiero za 3 dni, a fatalnie się czuję i ponownie powtórzyłam magiczne pytanie:
— Czy przyjmie mnie pani dziś z Półpaścem? Bardzo proszę. — W końcu przyparta do muru, z popłochem w głosie odpowiedziała:
 — Raczej tak, jeśli faktycznie źle się pani czuje.
Stwierdziłam zdecydowanie, że TAK i podziękowałam jej za możliwość audiencji. Szybko obróciłam się na pięcie i wyszłam z gabinetu woskowej pani doktór, myśląc, że zabrakło tylko podstawowego pytania o moje ubezpieczenie. Zrobiło mi się nagle gorąco, bo moje chaotyczne JA zapomniało zabrać ubezpieczenia. Po chwili z powrotem weszłam do gabinetu, wcześniej po drodze musiałam przekonać kliku pacjentów, że byłam wcześniej umówiona, z drżącą kartą w ręku usiadłam na zimnym stołku i zaczęłam opowiadać o moich jakże barwnych ale zarazem dokuczliwych symptomach. Pani doktór popatrzyła na zmienione chorobowo miejsca na przedramieniu i rzekła:
— To nie półpasiec, w życiu nie widziałam takiego małego półpaśca. W całej mojej karierze nie spotkałam takiego przypadku?!?
 Przy okazji z niechęcią spojrzała w moje gardło i coś cmoknęła pod nosem, że gardło jakieś dziwnie czerwone i, że widzi jakieś ropne czopy. Mruknęła, że to zapalenie gardła. Po chwili zaczęła wymachiwać szpatułką, jak szpadelką i zaatakowała moje migdałki. Z niesmakiem stwierdziła, że ona wyciskać czopów ropnych nie będzie. W przypływie strachu oraz zbrojnego ataku na moje migdałki nerwowo przytaknęłam. Zresztą nawet nie wiedziałam o co jej chodzi. Cały czas nie patrząc mi w oczy tylko gdzieś obok,  na gardło, przepisała mi antybiotyk Xormiax i zapobiegawczo, na Półpaśca, Heviran, lek antywirusowy. Wizyta dobiegała ku końcowi więc palnęłam bez namysłu:
— Czy zarażam i jeśli tak to czym i czy dostanę zwolnienie? – Dla nie wtajemniczonych, klasyczny półpasiec jest chorobą zakaźną i groźną. Każdemu z nas po przebyciu ospy wietrznej, pozostają pamiątki w postaci małych blizn i przyjaciela do końca życia – wirusa Herpes Virus Varicella, który w skutek przeciążenia bądź osłabnięcia organizmu odnawia się w postaci półpaśca, bądź reaktywuje się po kontakcie z osobą zarażoną HVV. Osoba dotknięta półpaścem zaraża wirusem ospy wietrznej w sporadycznych przypadkach może zarażać półpaścem. Na ten temat są zdania podzielone i nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
— Zarażać to raczej pani nie zaraża ale zwolnienie mogę dać na 3 dni a później proszę przyjść na kontrolę i wtedy zobaczymy co dalej. — Kontynuując chytry plan zdobycia skierowania na ogólne badania krwi, zbolałym głosem zadaję kolejne niewygodne pytanie:
— Martwię się o siebie może to jakiś nowotwór? — Nurtujące pytanie trafiło na podatny grunt i zmarszczyło wyprasowaną dotąd twarz woskowej pani doktór. — A były jakieś śmiertelne przypadki w pani rodzinie? — Spytała a ja odpowiedziałam z rozbrajającą szczerością:
— W mojej rodzinie wszyscy umarli na raka. — Na twarzy pani doktór pojawiło się nieskrywane zatroskanie. — To może skieruję panią na badanie krwi. — Z błyskiem w oku potakiwałam wyraźnie. — Pani doktór z nieukrywaną dumą wypisywała skierowanie. — Czułam satysfakcję i przerażenie jednocześnie. — Czy to wpływ manipulacji? Czy też rzeczywista potrzeba do dalszej diagnozy? Prosto z gabinetu, w gwałtownym uniesieniu, ruszyłam do pielęgniarki, której nie omieszkałam się wyżalić opisałam jej w najdrobniejszych szczegółach moją wysypkę, łącznie z organoleptycznym badaniem. Znacząco jeszcze dodałam, że pani doktór nigdy w życiu nie widziała takiego półpaśca. Na to starsza pielęgniarka sznurując, wściekle czerwone usta, z przekąsem rzekła:
— To jest Półpasiec jak nic a Pani doktór jest jeszcze młoda i nie wiele w życiu widziała. — W pierwszej chwili się ucieszyłam, że znalazłam sojuszniczkę, ale później oprzytomniałam! Przecież pani doktor była ostro po 50!  W mojej głowie zaczęło huczeć od pytań, które zostały przerwane, myślą o konsultacji z panią dr Prusak, która akurat wraca za 3 dni. Spojrzałam się znacząco na pielęgniarkę i spytałam:
— Czy mogę się zarejestrować na kontrolę do Pani doktór Kowalczyk a później na wizytę do Pani doktór Prusak?
— Dwie wizyty jednego dnia? — odparła z degustowana pielęgniarka.
— Przez 20 lat nie chorowałam to chyba mam prawo skorzystać z drugiej konsultacji i porady innego lekarza!?!
Po trzech dniach wreszcie udało mi się skonsultować z dr Prusak, która potwierdziła, że to Półpasiec. Zajrzała do gardła i stwierdziła zapalenie gardła. Zakwestionowała przepisany antybiotyk Xorimax, przyznała się, że nawet go nie zna i być może tamta pani doktór dostała w zamian za jego przepisywanie od przedstawiciela medycznego „długopis”. Niestety nie mogła odnaleźć tego antybiotyku w swojej magicznej, lekarskiej pomocniczej książeczce więc wypisała receptę na Augmentin. Przy okazji wyśmiała wcześniejszą lekarkę i powiedziała, że nie łączy się leków antywirusowych z antybiotykami. Wyznaczyła wizytę kontrolną ale przypomniała sobie, że jej w tym czasie nie będzie, wiec skierowała mnie na wizytę kontrolną do doktora Romantowicza.
Byłam zrozpaczona usłyszałam dwie różne diagnozy. Postanowiłam więc działać na własną rękę. Po telefonicznych konsultacjach z przyjaciółką – matką - żoną i kochanką w jednym, diagnoza brzmiała, że mam anginę ropną a głos w słuchawce grzmiał, że nie można przerywać terapii antybiotykiem i zaczynać terapii nowym, bo szczepy bakterii szybko się uodparniają! Poradziła płukać gardło roztworem wody z solą oraz roztworem rozcieńczonej wody utlenionej. Zasugerowała również możliwość wystąpienia jakiejś alergii i poradziła silny środek antyalergiczny i wapno. Skorzystałam z dobrych rad a moje gardło poczuło zdecydowaną ulgę.
Po tygodniu z wielkim rozdygotaniem wewnętrznym poszłam do trzeciego lekarza, mianowicie do dr Romantowicza, ale już wyłącznie z ciekawości i po L4, no bo na pewno nie spodziewałam się od niego pomocy. Pan doktor niestety potwierdził moje przypuszczenia i nic nowego nie wniósł do karty choroby, a raczej wprowadził jeszcze większy zamęt, bo stwierdził, że to nie jest półpasiec a w gardło tylko zerknął, bo nalegałam. Stwierdził, że to może zapalenie migdałków ale nie jest pewien więc kazał nadal brać antybiotyk. Na szczęście przedłużył zwolnienie i wypisał skierowanie do lekarza specjalisty Laryngologa J
Niestety dalej nie mogę opisać serii wydarzeń, może to i nawet lepiej, bo zrobiło się trochę nudnawo J Zdradzę tylko, że skorzystałam z pomocy, koneksji i porad farmaceutów, którzy ze zdziwieniem słuchali „porad” lekarskich. Farmaceuci i przyjaciele potrafili bardziej profesjonalnie i szczegółowo się odnieść do wyżej opisanych przypadków niż lekarze pierwszego zgonu. Żeby dowiedzieć się co „siedzi” w moim gardle wystarczyło zrobić posiew z wymazu z gardła. Dodam jeszcze, że bezpłatna polska służba miłosierdzia już od dawna jest tylko mitem. Na badania, leki i dodatkowe konsultacje lekarskie, wydałam ponad tysiąc złotych. Wnioski nasuwają się same: chorować mogą tylko bogaci a biednym zostaje chyba tylko śmierć.   

sobota, 9 kwietnia 2011

Autorytaryzm

Ostatnio jestem co raz bardziej zaniepokojona poczynaniami Jarosława Kaczyńskiego. Jest jedyną osobą, która wzbudza we mnie skrajne uczucia, które były mi dotąd obce. Podczas lektury magazynu psychologicznego natknęłam się na artykuł o autorytaryzmie. Zainspirował mnie do analizy osobowości Jarosława Kaczyńskiego, który według mnie, zagraża Polsce. Pokusiłam się więc o analogie.
         W psychologii autorytaryzm rozumiany jest jako pewna charakterystyczna postawa wobec świata i ludzi. Składa się na nią silne przywiązanie do tradycji. Jarosław Kaczyński uważa się za jedynego i prawdziwego patriotę w kraju. Wszystkich ocenia według swojej, własnej skali patriotyzmu. Ja jestem patriotą a Ty nie jesteś patriotą. Śląskość uważa za formę zakamuflowanej niemieckości. Jest osobą o wysokim poziomie autorytaryzmu, która żywi przekonanie o niezmienności istniejących norm społecznych i oczekuje, że wszyscy będą ich przestrzegać. Dowodem na to jest krytyka trzeciej RP i dążenie do ziszczenia snu o czwartej RP. Relacje społeczne spostrzega w kategoriach dominacji – uległości. Cechuje go myślenie o jednostce, która wykazuje skrajną uległość wobec silniejszych i bezrefleksyjnie podporządkowuje się autorytetom. Jednocześnie żywi pogardę dla tych, którzy są słabsi i stoją niżej w hierarchii społecznej. Ostatnia jego kompromitująca wypowiedź o biedocie w Biedronce jest szokująca. Przecież tak bardzo chce być silnym autorytetem, który walczy o prawa najbiedniejszych. Jarosław Kaczyński przejawia uogólnioną wrogość wobec innych, szczególnie do tych, którzy myślą inaczej. Przykładem jest żywiona nienawiść do Platformy Obywatelskiej oraz toczona wojna Polsko-Polska. Polska została podzielona na dwa obozy: PiS i PO. Jarosław Kaczyński ujawnia uprzedzenia wobec wielu grup społecznych. Geje, lesbijki, invitro, eutanazja, aborcja i wiele innych trudnych tematów oraz wszystkich myślących inaczej wykluczyłby z życia społecznego. Użyłam delikatnego określenia sposobu eliminacji, żeby nie prowokować J. Jarosław Kaczyński świat spostrzega przez pryzmat stereotypów, i widzi go jako zagrażający. W efekcie takiego sposobu myślenia jest bardziej podatny na myślenie paranoiczne i spiskowe teorie zdarzeń. Przykładem tego sposobu myślenia jest lęk i nienawiść do Rosji i Niemiec oraz teoria zamachu na prezydenta 10 kwietnia. Pytam się więc, kto dokonał zamachu na naszego prezydenta? Nie oszukujmy się, Polska jest trzecioligowym państwem w UE. Państwem nieliczącym się na międzynarodowej i światowej arenie politycznej czy też gospodarczej, a Lech Kaczyński nie zagrażał nikomu, jego polityka zagraniczna polegała na ciągłym i naprzemiennym, obrażaniu się, a to na Niemcy, a to na Rosję albo na UE. Jego śmierć nie zmieniła niczego, więc czemu miał służyć ten „zamach”? Teoria spiskowa pomaga jedynie samemu Jarosławowi Kaczyńskiemu. Gloryfikując swojego brata, gloryfikuje siebie, bo przecież jest jego moralnym i duchowym spadkobiercą, który obiecał dokończyć dzieło brata. Jestem ciekawa jakie dzieło zamierza dokończyć? Na koniec posłużę się cytatem, żeby nie było, że jestem taka mądra J
         „Theodor W. Adorno, niemiecki filozof i socjolog, za pomocą autorytaryzmu próbował wyjaśnić jak doszło do rozprzestrzenia się nazizmu w Europie. Osobowość autorytarna to zespół powiązanych cech, takich jak: konwencjonalizm (przywiązanie do tradycji) i agresja wobec tych, którzy odrzucają konwencjonalne wartości, bezkrytyczne podporządkowanie się wyidealizowanym autorytetom, kult siły, wiara w mistyczną determinację indywidualnego losu, destrukcyjność, cynizm, ogólna wrogość i pogarda dla człowieka. Cechy te warunkują podatność na rasistowskie przekonania.” Znalazłam ten cytat w Charakterach.
         Czy tylko ja widzę w tym opisie naszego rodaka Jarosława Kaczyńskiego?  

poniedziałek, 28 marca 2011

Pozory i złudzenia.

Dlaczego nasze życie składa się z pozorów i złudzeń? Czy nie umiemy być szczerzy? Czy zawsze musimy nakładać maski i żywić się złudzeniami? Może to ułatwia nam życie, pomaga nam w przyjaźni i możemy być lubiani.
Czy normalne stosunki międzyludzkie wymagają zachowania pozorów? Czy musimy maskować nasze uczucia, pragnienia, myśli? Czy rzeczywiście musimy udawać, żeby normalnie funkcjonować, w związku, rodzinie, społeczności? Otóż ja nie zgodzę się z psychologami w naszym kraju. Muszą być jakieś sfery w naszym życiu wolne od min, póz i masek.
Kiedy możemy być sobą? Ja byłam zmuszona do udawania całe życie, żeby móc przetrwać, więc teraz chciałabym być szczera w kilku ważnych dla mnie relacjach. Zawsze wierzyłam, że w przyjaźni i w związku, można sobie pozwolić na wszystko. Nie trzeba grać, ani udawać. Trzeba tylko szanować i akceptować drugiego człowieka, przed którym można się otworzyć i można być w stosunku do niego szczerym. Zawsze możemy powiedzieć, że coś robi źle lub, że się z nim nie zgadzamy. Przeżywamy jego rozterki i współczujemy. Kiedy płacze, ocieramy jego łzy. Kiedy jest szczęśliwy, cieszymy się razem z nim. A może to tylko złudzenia?
Niestety życie boli już od samych narodzin. Czy musimy je jeszcze bardziej komplikować? Kiedy ktoś nas zrani nakładamy maskę obojętności. Jeśli ktoś nas upokorzy zakładamy maskę twardości. A kiedy, w przyjaźni lub związku, zakładamy maski, to czy pod nimi kryje się jeszcze przyjaźń lub związek?


Gra pozorów szerzy się, aż staje się naszą drugą naturą. Na maski odpowiadamy maskami. Ja wiem, że Ty udajesz, Ty wiesz, że Ja udaję, ale udajemy, że nikt nie udaje, bo to nam się opłaca…?!?
A co jeśli maska pęka? Skreślamy przyjaciela lub partnera? A może wymieniamy go na lepszy nowy model? A co zrobimy, jeśli kolejnemu przyjacielowi lub partnerowi również pęknie maska? Trzeba mieć wtedy długą listę osób oczekujących na miano naszych przyjaciół i kochanków. Ale czy są chętni? A może jednak nie potrzebujemy przyjaciół?
Tyle dróg, tyle objazdów, tyle pytań bez odpowiedzi, tyle wyborów, tyle błędów. Na drodze zwanej życiem można zabłądzić. Kiedy się stanie, można zapomnieć co było i jechać dalej. Długa jest droga do wymarzonego celu. Ale w trakcie jej trwania uczymy się na błędach, zaczynamy rozróżniać dobro od zła. Dostrzegamy różne odcienie i barwy życia. Ale tak trudno nam wyeliminować złudzenia i wyzbyć się pozorów. Czy uda nam się rozszyfrować pozory życia?

Pozory składają się z uczynków. Uczynek sam w sobie jest dość prosty. Zdejmujesz wierzchnią warstwę i ukazuje się to co pod spodem. Oczywiście czasem skutek może być zaskakujący. Jeśli zdejmiesz okleinę szczęśliwego domu, możesz znaleźć ból i żal. Jeśli zdejmiesz fasadę bogactwa, możesz znaleźć nienawiść do siebie. Jeśli zdejmiesz zasłonę bezradności, możesz znaleźć okrucieństwo. Jeśli zmyjesz makijaż, możesz znaleźć kompleksy. Zdejmowanie może być niebezpieczną rozrywką, możemy przekroczyć cienką granicę intymności drugiego człowieka.

czwartek, 10 lutego 2011

Przekorność ludzkiej natury

Ostatnio oglądając znany amerykański serial pojawiła mi się w głowie pewna myśl. Niby prosta prawda i nic oryginalnego, ale postanowiłem się z Wami nią podzielić.
Główna bohaterka serialu szuka miłości i partnera idealnego, testując po drodze bardzo wielu mężczyzn. Kiedy trafia na tego idealnego i rozum podpowiada jej, że to TEN i że w końcu znalazła, to oczywiście nagle zaczynają pojawiać się problemy. A raczej brak problemów. Główna bohaterka zaczyna szukać dziury w całym i doszukiwać się drugiego dna w „idealnym mężczyźnie”, bo przecież tak idealnie być nie może. W końcu stwierdza, że jednak tęskni do poprzedniego ukochanego, z którym związek bardzo odbiegał od tak długo poszukiwanego przez nią ideału.
Powyższą sytuację można chyba przenieść na każdy aspekt naszego życia. W serialu musiały pojawić się komplikacje, bo gdyby miało być pięknie i idealnie to nie byłoby sensu dalszego kontynuowania tej zabawnej historii. Życie jednak to nie serial i zastanawiam się dlaczego tak często sami je sobie komplikujemy i tak ciężko nam osiągnąć stan długotrwałego zadowolenia? Zawsze przecież musimy na coś narzekać i coś prędzej czy później musi pójść nie tak. Proszę – oto przykłady: jak mamy za dużo pracy w pracy to narzekamy, że jest tak ciężko, jak z kolei jest jej za mało to też źle- bo nudno i nie ma co robić a czas się dłuży wtedy w nieskończoność. Jak mamy dużo na głowie to jesteśmy w pretensjach „że przecież tyle mamy na głowie!!!”, jak mamy mało na głowie to też nie za dobrze , bo nudno się robi i głupie myśli zakradają się do umysłu. Jak telefon dzwoni to źle, bo dzwoni, jak nikt nie dzwoni to zastanawiamy się „czemu do cholery nikt nie dzwoni?”. Jak mało ubrań w szafie to źle – bo nie ma się w co ubrać, jak dużo – to też źle – bo nie wiadomo co na siebie nałożyć (za duży wybór!). Jak jedziemy na urlop to jest cudownie ale czemu na tak krótko? Jak kolor zielony to źle, bo czemu nie niebieski? Jak za ciepłe to źle i za zimne to też nie bardzo. Przykłady możnaby mnożyć w nieskończoność….
Czy taka właśnie jest ludzka natura? Zawsze przekorna? Czy mamy to już na start zaprogramowane? A może to przypadłość tylko części z nas a reszta nie ma takich problemów? Może odpowiedzią na te dylematy byłaby przynajmniej próba znalezienia złotego środka w nas samych? Tego subtelnego stanu równowagi? Mam nadzieje że nie trzeba iść na kurs ZEN, żeby móc to w sobie odnaleźć. Właśnie! Odnaleźć umiejętność cieszenia się chwilą i przechowywania jej w pamięci jak pięknego zdjęcia i przywoływania go w myślach, kiedy jest nam źle. I na odwrót – umiejętność nie przejmowania się i nie utyskiwania na los, kiedy jest on dla nas niekorzystny, bo przecież zawsze można wtedy pamiętać, że fortuna kołem się toczy i wkrótce coś się odmieni na lepsze, bo tak przecież zawsze jest. A po deszczu przychodzi słońce itd… :-) Próba poszukiwania tego co dobre i tego co może cieszyć wtedy, kiedy mamy ochotę narzekać. Szukanie i cieszenie cechami pozytywnymi u naszych najbliższych zamiast przeżywania i wynajdywania przywar. (To się tyczy też szukania cech pozytywnych w nas samych i czegoś za co możemy się lubić a nie nieznosić:-) ) Coś tak jakby zbliżamy się do „Greka Zorby” i „pięknej katastrofy” ale właśnie o to mam na myśli … - zdolność cieszenia się tym co daje los, nie zawodzenia i jęczenia, nie poddawania się złym momentom i dążenia to tego aby nasze życie zmieniać na lepsze. Tego właśnie życzę i Wam i sobie:-)
P.S. Żadne to wielkie odkrycie, za często tylko o tych prostych prawdach zapominamy.



poniedziałek, 7 lutego 2011

Paranormalni.

Zastanawiam się w jakim świecie przyszło nam żyć? Dookoła mnóstwo znajomych i przyjaciół. Wystarczy spojrzeć na portale społecznościowe, każdy z nas ma około trzystu znanych nam twarzy na Naszej Klasie. Po prostu sielanka oraz idylla. Na fejsbuku wypada się trochę oszczędniej z ilością znajomych, tylko formy autoprezentacji są bardziej żenujące. Odziewają one naszych „przyjaciół” w szaty intelektualnych nizin. Cytaty nawet sławnych ludzi, w ustach znajomych wydają się prymitywne. Po co? na co? ten ekshibicjonizm ulicznej prostytutki? Bo taka jest obecnie moda!?! Ja zawsze byłam szczerą do bólu indywidualistką, walczącą o ideały. Na litość Boską, ale o co, albo z czym mam walczyć dziś?

Mam wrażenie, że wszędzie dookoła otaczają mnie ludzie paranormalni. Jakby normalność oraz dobroć wyginęła lub uleciała z dymem nadziei, przemieniając się w pył samozniszczenia, lub też, popłynęła na tratwie rozsądku, po oceanie kłamstwa. Ostatnio miałam kryzys i przez sekundę pomyślałam, że to ja jestem paranormalna! Fakt jestem pozytywnie zakręcona, ale do paranormalności jeszcze mi daleko J Tak przynajmniej twierdzą moi najbliżsi przyjaciele, których wyselekcjonowało samo życie. Zastanawia mnie fakt co się dzieje z tymi ludźmi? Pseudo przyjaciele, pseudo znajomi, pseudo …odeszli w siną dal. A przecież mogłam ucztować na bankiecie ich życia, a mogłam ich rozbawiać i im pomagać. Miałam jeszcze tyle możliwości zaistnienia jako ich druhna, jako matka chrzestna ich nienarodzonego dziecka, mogłam zostać ich mediatorem. Mogłam zawsze liczyć na miano ich najlepszej przyjaciółki, a oni na moje bezwzględne oddanie i lojalność. Dlaczego to nigdy się nie ziściło? Bo miałam odwagę powiedzieć, że białe jest białe, a czarne jest czarne!?! Że nie byłam jak Chrystus i nie nastawiłam setny raz policzka!?! To, że nie oblizałam się po tym jak na mnie splunęli!?! Tak jestem odważna i wszystkim paranormalnym mówię NIE!!! Obudźcie się ze snu na jawie! Nie zarobicie milionów, nie spłodzicie geniuszy, nie pomiatajcie ludźmi, bo to nie jest gorsza rasa niż psy i koty. Nie zrobicie jeszcze wielu innych cudownych rzeczy, bo takie jest to miałkie życie.
Jak rozpoznać paranormalnych? To jest bardzo trudne. Przez wiele lat wysysają z nas pozytywną energię, żywią się nami dla własnych przyjemności. Nie starają się być mili, są raczej mało popularni, więc jesteśmy wypełniaczami ich pustego życia. Potrafią pięknie mówić o wielkich rzeczach, udają oddanie i poświęcenie. Tak naprawdę nie kiwną nawet palcem jeśli jest im to nie na rękę. Są przemądrzali i aroganccy, bratają się z maluczkimi dla poprawienia swojego zachwianego wizerunku. Myślą, że są wielcy. Uwielbiają śmiać się z innych, kochają tanią sensację oraz nie cierpią prozy życia i przeciętności.
Dlaczego paranormalni tak nie lubią przeciętności? Bo uważają się za lepszych niż są w rzeczywistości, oni nie muszą przepraszać, oni nie muszą prosić, oni nic nie muszą. Powinniśmy się cieszyć, że są i powinniśmy delektować się ich obecnością jak miodem. Tylko, że czasami nawet najlepszym smakołykiem można się znudzić i przesłodzić, wtedy można tylko zwymiotować. Trzeba mieć tylko czym, bo po styczności z paranormalnymi jest się wyssanym ze wspólnie spędzonego czasu, z pozytywnej energii, z uczuć oraz przeżyć, ze wszystkiego, więc wybaczcie, ale taka znajomość odbije się tylko lekkim cofnięciem i ponownym jej przełknięciem. Ewentualne niepożądane objawy to wysypka na ciele i niesmak w ustach. Jest to dość nieprzyjemne, ale to i tak lepsze niż usługiwać paranormalnym oraz ucztować do końca życia na bankiecie paranormalności.
P.S. Publikacja została początkowo wstrzymana, przez obawę o możliwość opatrznej nadinterpretacji osób trzecich. Z czystym sumieniem, po konsultacjach, zamieszczam ten post, ponieważ jest on sumą doświadczeń i wypadkową kolei losu. Każdy kto widzi tu siebie, ponosi za to pełną odpowiedzialność.

sobota, 5 lutego 2011

"Usuń ze znajomych"

Od jakiegoś czasu zastanawiam się nad tym, czy świat realny i świat cyber istnieją równolegle obok siebie? A może się wzajemnie przenikają? Może to co dzieje się w świecie cyber ma swe konsekwencje w świecie real ? Czy coś co miało miejsce, trwało i istniało wiele lat może zakończyć się w świecie cyber?

Refleksja ta przyszła mi do głowy, gdy ostatnio na jednym z serwisów społecznościowych patrząc w swój profil, okazało się, że bliska mi (chyba do niedawna niestety) osoba "skasowała mnie ze swoich znajomych". Mówiąc o świecie cyber mam na myśli nie tylko internet ale wszelkie inne urządzenia pozwalające ludziom się komunikować na odległość bez potrzeby bycia razem "tu i teraz".
Zdarzyło się tak kiedyś, że jedni Państwo obrazili innych Państwa. Nie ma co nad tym dywagować – tak się czasem zdarza. Zapadła cisza, minęło trochę czasu i już by się zdawać mogło, że wszystko wróciło do normy a tu nagle okazuje się, że sytuacja wygląda tak:
Obraziłem się...obraziłam się i.... milczymy.

Sprawa dotyczy ludzi, którzy znali się lat wiele, sporo razem przezyli i zapewniali się zawsze o dozgonnej przyjaźni.

Następnie dochodzi do spotkania zwaśnionych stron. Jedna z osób udaje, że tej drugiej w ogóle nie widzi i zupełnie ignoruje jej obecność.
Czy to jest naturalne zachowanie dorosłych ludzi? Prawie trzydziestolatków? Osoby biorące udział w tej dziwnej sytuacji do najgłupszych nie należą  wszystko to się kończy (oczywiście bez słowa zamienionego twarzą w twarz) "wykasowaniem ze znajomych".

I co teraz? Czy to znaczy ze juz nagle mnie nie ma? Ze nie istnieję? A może gdyby istniał magiczny pilocik służący da zamieniania wybranych ludzi w nicość, to w taką nicość ten ktoś by mnie zamienił? Mam zniknąć?

Ludzie kończą związki, zrywają ze sobą za pomocą smsa czy maila. Nie patrzą sobie w twarz tylko naciskają guziczek "wyślij". A moża gdyby telefon dawał nam opcję "wyślij kogos na księzyc" to tez z takiej opcji gotowi bylibyśmy korzystać?
Dlaczego zamiast świata cyber nie potrafimy spojrzeć sobie w oczy i porozmawiać w świecie real? Co jest tego powodem? Strach, niepewność, czy urazona duma???? Czy przekonanie o własnej dumie, wyższości i nieomylności jest powodem tak wielkim aby poświęcić wieloletnią znajomość? A może obawa przed tym, że niewidzialna kryształowa korona spadnie z głowy i rozsypie się po potoczeniu się po podłodze w drobny mak, jeżeli przyjmie się wyciągniętą rękę przyjaciela? Do jasnej Anielki, niech ktoś pomoże mi to zrozumieć, bo może mój umysł jest zbyt malutki aby móc to pojąć….

Na dodatek jeżeli nic z tej kruchej przyjaźni, która uległa uszczerbieniu nie da się naprawić, to chyba lepiej i zdrowiej dla umysłu i psychiki jest komuś wygarnąć prosto w oczy co się czuje, dlaczego to boli i skąd się bierze tak wielkie poczucie skrzywdzenia… a potem można założyć palto, wziąć do ręki parasol i wyjść mając przynajmniej w sercu jasność sytuacji, że to już koniec…. Ale przynajmniej taka jasność wtedy istnieje…

Nie umiem w sobie nosić długo urazy wobec ludzi bliskich. Takie czynniki jak czas, czy intensywność znajomości, a takze wspolnie spedzone chwile są dla mnie czymś, o czym łatwo zapomnieć nie potrafię.

Dlatego nie rozumiem i nię godzę się na to, aby znajomości czy relacje okreslane mianem przyjaźni konczyć za pomocą przycisku "Usuń ze znajomych".